przywiązałem do słupa wymyślonego kundla
teraz wlecze się za mną tło raczej nic poza
trzęsący się od febry niepicia wyrzutów
ciekły nieświeży dzień wzrasta niechętnie
ze sterty buców kurewek artychów i biurw
starając się wygmerać coś na kształt miłości
koniec końców znajduję wszystko oprócz tego
niedookreślona forma i nachalna chuć
z którą coś trzeba zrobić - upycham ślimaki
bez skorup w otwór w murze starej jeżyckiej willi
po szwabskiej kuli pospiesznie gorączkowo
jutro tam będzie warstwa tynku farby
i o co ci człowieku do cholery chodzi
ślimaki wypadają garść zostaje wystarczy
żeby nie bolało czuję wzwód zsuwam spodnie
i kocham się z tym