Jacek Kąkolewski: Aż tu nagle energia się znalazła. Okazało się, że na dobrą sprawę wystarczy się skrzyknąć, oczywiście potrzebowaliśmy nowej wokalistki, nikt z nas nie wyobrażał sobie HP bez kobiecego wokalu. No i nie mogło być mowy, rzecz jasna, o odcinaniu kuponów. Na szczęście mieliśmy sporo pomysłów, Natalia dała nam swoistego kopa swoją wulkaniczną osobowością,
no i się potoczyło.
y.: Raczej wybuchło. Nie wiem na ile śledzicie recenzje w prasie...
Natalia Fiedorczuk: Zdarza nam się.
y.: Mam wrażenie, że dawno nie było tak oczekiwanego i oklaskiwanego powrotu na polskiej scenie alternatywnej. Nie czujecie się zagłaskani?
J.K.: Trochę przesadzasz, było całkiem sporo dystansu w wielu recenzjach. Wcale nie jest aż tak słodko, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka.
N.F.: I tu nie chodzi tylko o prasę. Wiadomo, że fanom "starego" HP niełatwo było zaakceptować nową wokalistkę.
y.: Czyli można mówić o "starym" i "nowym" Happy Pills?
J.K.: Na pewno Natalia wniosła nową jakość do zespołu, no i minęło jednak te 9 lat. Można powiedzieć, że jesteśmy początkującym zespołem z dużą dyskografią.
y.: Nowa jakość... Świeży kwiat do starej butonierki?
J.K.: Brzmienie zespołu nie zmieniło się jakoś radykalnie, nie było żadnej stylistycznej rewolucji, ale mam nadzieję, że nie tylko osobowość i wokal Natalii, ale również nasze granie nie jest jakąś dźwiękową ramotą.
y.: A zdarza Ci się słuchać jeszcze czasem waszych starych nagrań?
J.K.: Raz na rok wracam do którejś ze starych płyt, ale nagrywanie bywa czynnością upiornie mozolną, więc zwyczajnie nie chce mi się zbyt często do tego wracać.
y.: Natalio, jesteś chyba jedną z najbardziej rozchwytywanych obecnie wokalistek, a co za tym idzie jedną z najbardziej zapracowanych. Już wcześniej był Orchid, Natalia & The Lowners, mnóstwo featuringów, teraz Happy Pills, świeżutka płyta, trasa koncertowa, dzisiaj Poznań, jutro Off Festiwal, itd. Dajesz radę?
N.F.: Póki co tak, mimo że ogromnie sobie cenię spokój i relaks z dobrą książką w dłoni. Myślę, że pomaga mi w tym dość twarde stąpanie po ziemi. Wolę chodzić niż pływać. To się zresztą przejawia również w fascynacjach literackich, filmowych.
y.: Literatura faktu i film dokumentalny?
N.F.: Bardzo lubię np. Kapuścińskiego, ale bez przesady, daleka jestem od tego typu gatunkowego czy estetycznego ograniczania się. Na pewno bardziej Tarkowsky, Antonioni niż Cronenberg czy Lynch.
y.: A poezja?
N.F.: Raczej jednak proza, jeżeli poezja to przede wszystkim jako część utworu muzycznego. Interesuje mnie tu i teraz, muzyka jako medium wraz z tekstem istnieje w jakimś "teraz" i w jakimś wyodrębnionym z przestrzeni "tu". Tekst zapisany traci pewną część przekazu poprzez utratę miejsca i czasu. Chociaż bardzo lubię np. Adama Wiedemanna - świetny poeta.
y.: Piszesz teksty do swoich piosenek. Próbowałaś kiedyś z czymś dłuższym? Jakaś proza?
N.F.: Chciałabym kiedyś napisać powieść. Zresztą kiedy miałam 18 lat prawie mi się to udało. To było coś w rodzaju autoterapii, wiesz, pełno jadu i żółci. Na szczęście, zanim skończyłam, dysk się spalił i tekst diabli wzięli.
y.: Na scenie jesteś bardzo ekspresyjna, dużo tańczysz, gestykulujesz, kładziesz się na scenę. Czujesz się trochę aktorką, performerką?
N.F.: To nie tak. Muzyka jest tak silnym medium, że to się wszystko dzieje instynktownie. Fajnie, że taka ekspresja sceniczna skraca dystans między wykonawcą a odbiorcą. A co do leżenia na scenie... Kładąc się w jakiś dziwny sposób odzyskuję kontrolę, dlatego kładę się np. wtedy, kiedy obawiam się, że zapomniałam tekstu.
y.: Natalio, Jacku, dzięki za rozmowę, do zobaczenia i przyjemności jutro na Offie.
Poznań, Meskalina, 3.08.2010r.
Natalia Fiedorczuk,
za łokciem Natalii - Jacek Kąkolewski.
fot. yanoshka
http://happypillsband.wordpress.com/