
wychynąć z betów, kołtunów, farfocli,
wysunąć się, wykaraskać, wynieść samego siebie...
(wówczas chyba łokcie, tak! łokcie
musiałyby mieć organ w rodzaju nibynóżek.
Czynność mogłyby także ułatwić
kółka wszczepione w pośladki)
...z okopu, wyłbić się z rowu,
zacharczeć i powiukać
i wysunąć język
i śpiące, ciepłe ciało
smakować (kwaskowe/słone/słodkie?).
Sssmakować.
przypuszczam, że to był ten moment, kiedy ona tak stała i się gapiła - najpierw na guzowate łokcie, kolana platanów, na tę ich zdartą, trędowatą korę i wszystkie gule, wypusty, spojenia. Potem na brzozy, na szare i czarne oczy łypiące bezczelnie z kory; ba! tego się nie da nie dostrzec - okokształtna czerń wyłazi spod bladej kory jak wyrzut i jest! JEST! A ja gapiłem się na wariatkę i powinienem odnaleźć w jej spojrzeniu, patrzeniu, oglądaniu, jakąś nieuchronność, zapowiedź cięcia, wróżbę nieuniknionego końca tej niekiedy nudnawej, lecz przecież całkiem przyjemnej, sympatycznej stagnacji, rozmglenia, rozdymienia, a w końcu rozkładu i NAGLE nadejścia Tułaczki - pod tyloma względami - chamskiej i radykalnej - apage spokoju ducha!, apage zen!, już nigdy, no może, może jeszcze kiedyś, lecz póki co paliwem mi będzie rozkoszny niepokój.
Kocham Cię, kocham Cię, kocham - obsesyjna mantra*.
Od jakichś ęciu lat ta fraza ejakuluje w Jej stronę jak lustrzany anagram nazwy deweloperskiej firmy
Ataner skierowany wprost w egołechtaczkę żony jej właściciela. Albo jak każda z hipertrendywyjebanych linek siekierkowskiej Pryczy, nazwanej mostem tylko dlatego (i, jakby nie było, jest to do kurwy nędzy wystarczający powód), że łączy oba brzegi największej, polskiej rzeki - pulsuje targana palpitacją, zawałami, sforą wyrzutów i stadem podawań w wątpliwość.
I nagle sam się łapię na ścieleniu barykad. I chociaż nie ma cycków jak wolność Delacroix, to wiedzie mnie i wiezie na pohybel, na świeżuteńkie, miękkie barykady.
I całe życie razem
te czarne końcówki z bananów, co to raka, kiedy byliśmy mali, miały powodować,
scyzorykiem odkrawać;
koty przydrożne łapać, na spadochronach z podartych prześcieradeł ciotki,
z dachu stodoły wuja, swobodnie puszczać;
kawałki ciasta z pomiędzy rodzynek wyjadać;
genitaliami nawzajem, jakby nasze były, się bawić
BĘDZIEMY?
trwonić i szastać,
potem znowu trwonić
jurni i zdrowi, gotowi i chętni
BĘDZIEMY?
A na koniec (TEN koniec) pęknąć ze śmiechu i w ostatnim spazmie percepcji obserwować rozpryskujące się po okolicy fragmenty własnego ciała.
*Marcin Świetlicki
Kochanie
fot. NN (Creative Commons License)